poniedziałek, 16 listopada 2015

Tylko u nas fragmenty książki „Na wieki wieków amant” o Tadeuszu Plucińskim!

Niedawno opublikowaliśmy na blogu wywiad, który reżyser „Ikon srebrnego ekranu” Jarosław Antoszczyk przeprowadził z Magdaleną Adaszewską, autorką biografii Tadeusza Plucińskiego, etatowego amanta kina PRL. Książka jest tak zachwycająca i wciągająca, że trudno o lepszą lekturę na długie jesienne wieczory. Klimat niebywałych opowieści z życia Plucińskiego został przez autorkę ujęty tak barwnym językiem, że „Na wieki wieków amant” czyta się jednym tchem i z wypiekami na twarzy. Na dowód tego – dzięki uprzejmości autorki Magdaleny Adaszewskiej – specjalnie dla Was publikujemy dziś fragmenty tej wyjątkowej biografii:


„Zdzisio Maklakiewicz, wybitny aktor, wielka osobowość, zawsze stworzył kreację. Wolał grać w filmie, teatr go nudził. Mówił: „No Tadek, patrz, jak można grać to samo i tak samo każdego dnia. Ja ciebie nie rozumiem.” Pamiętam, jak grał w „Synu marnotrawnym” Sieciecha. Jego Sieciech był każdego wieczoru inny. Garbaty, z kulawą nogą, bez oka…To była zawsze niespodzianka dla całego zespołu. Opowiadał, jak to jego mama, wspaniała pani Cecha, Czesława zapytała go o teatr. „Zdzisiu, wytłumacz, a co wy w tym teatrze właściwie robicie?” No to Zdzisiek wytłumaczył: „ Mamucha kochana, przychodzimy rano na 10.00, od razu piwo, a o 12.00 wódka, potem rozbieramy się do golasa, znów pijemy na umór, uprawiamy orgie. Około 18 na krótko trzeźwiejemy, bo mamy przedstawienie, po 22 znowu wszyscy goli, wóda i orgietki. Wszyscy ze wszystkimi, panie z panami, panie z paniami, panowie z panami, i wóda do rana, i seks, potem na chwilę do domu pod prysznic i znów na 10.00 na próbę…” Pani Cecha z przerażeniem: „Zdzisiu! Synku! I ty tak przez cały tydzień?” Zdzicho: „Nie, w poniedziałki teatr zamknięty, mam wolne, no co też mama…”

***

Janek Himilsbach. Kochany. Najwspanialszy naturszczyk polskiego kina. Kamieniarz, ślusarz, piekarz, ślusarz, rębacz na przodku w kopalni, palacz na statku rybackim, pisarz i aktor. Kim on nie był! Mówił, że nie można w kółko „pier....lić tego samego”.
To on wymyślił powiedzonka: inna broszka, wnuki Koryntu, kurwy lekkiego pochodzenia, stary rzęch. Dla filmu odkrył go Marek Piwowski. Zaproponował mu rolę w kultowym dzisiaj „Rejsie". Janek opowiadał, że było całkiem odwrotnie i to on wymyślił dla Piwowskiego studia reżyserskie. Janek opowiadał różne rzeczy, dziennikarze znali kilka jego życiorysów, różne wersje tych samych zdarzeń. Nie wiedział, kiedy dokładnie się urodził, mawiał, że jego ojciec po świętowaniu narodzin, nie mógł sobie przypomnieć daty.
Mieszkałem przed laty na Piwnej, niedaleko „Zapiecka” i sklepu z kryształami. Wychodzę któregoś dnia przed dom, a idzie Janek i trzyma stos talerzy, całą górę, dłońmi od spodu, a od góry przytrzymuje ten stos brodą. Zobaczył mnie i chrypi: „Tadek!” Ja: „O, Janek, cześć, co tam, co tu robisz o tej porze?” Janek: „No, no, cholera jasna. Bierz te talerze, przytrzymaj.” Biorę, trzymam jak on, pod brodą, a on dalej: „ Tadek, byłem tu k….wa wczoraj, ale żeśmy tak do dna poszli, do podłogi, i k…wa, rozpie…..łem całą zastawę, wybiłem wszystkie talerze, no i, wiesz, jako dżentelmen, odkupiłem i niosę, tylko nie pamiętam, k…..wa, gdzie to było, gdzieś k….wa w rynku, ale k….wa, gdzie?”
Grałem w jakimś filmie, już nie pamiętam, co to było. Ale pamiętam Janka. Jego rola polegała na tym, że miał przebiec przez parkiet. Przyszedł lekko nabuzowany, nie wiem, ile wypił od rana. Biegł i poślizgnął się na samym środku parkietu. Przewrócił się. Usłyszałem huk, łomot głową o podłogę. Przestraszyłem się. Przez głowę przeleciała mi myśl: zabił się, zabił. A on wygrzebał się. Wstał. I powtórzył scenę.
Potem siedział i popijał w bufecie. Zobaczył mnie: „Tadek, chodź!” Wołali mnie na plan, musiałem już biec: „Janek, nie mogę teraz…” On: „No to już wiesz, co ci w co!” I to był ostatni raz, kiedy go widziałem.

***

„Bernard Ładysz, Beniek. Świetny chłopak ze Wschodu, serdeczny, taki swój chłop. A przy tym głosisko mocne, bas naturalny, prawdziwy. Talent. On jako jedyny śpiewak operowy z Polski śpiewał w Londynie z Marią Callas. Stał podobno w tym Londynie z kolegami na korytarzu Opery. Callas przechodziła. Wszyscy usunęli się z szacunkiem pod ścianę, a on, jak to on, szczery, prostolinijny chłopak ze Wschodu, gorąca krew, podszedł i klepnął ją w pupę… Tak, w pupę! Dokładnie tak, jak prawdziwy chłop klepie babę. I przestał z nią śpiewać. Callas postarała się, by wyrzucili go z obsady.”

***

„Kazio Brusikiewicz lubił sobie kogoś na ulicy upatrzyć i złowić. W Nowym Jorku podchodził i wiedząc, że ten nie rozumie po polsku, zaczynał lekko drżącym głosem: „Przepraszam pana, ze, zie, y, e, wtedy też?” Przechodzień: „Excuse me?” Kazio: „No mówię, że y te, y ze, przechodził, e, ye, to tędy...” Tamten stukał się w głowę i najczęściej uciekał, a Kazio Brusio miał ubaw. (…) Innym razem, na Times Square, na koniu siedzi policjant, czarnoskóry. Kazio żartuje: „Nie dość, że na koniu, to jeszcze czarny. Tadek, trzymaj się, idę z nim porozmawiać”. Ja na to: „No to ja spieprzam, bo zaraz nas zaaresztują.” Przyklejam się do jakiejś eleganckiej wystawy. Kazio zaczepia policjanta i zaczyna swoją bebeluchę: „yyy, eee, monsieur, pszę pana, eee yyy aaa ale, że i on, brzdęk...” Ja już mało nie padłem na zawał, myślę, zaraz jak mu tamten czymś przyłoży, albo zamknie w ciupie z jego starym komunistycznym paszportem, to dopiero będzie bal. Policjant marszczy brwi i pochyla się: „W h a t?!?!” A Kazio dalej ciągnie swoje bełkoty: „ …proszę pana, bla eeeee y…, Oooooo…tak? Naprawdę? I koń też?...” Tamten patrzy jak na wariata, znów się pochyla i cedzi przez zęby: „Ty, mały, słuchaj…Mów wolniej, bo nic nie rozumiem.” I cedzi to wyraźnie po polsku! Kazio na moment zdębiał. A ja o mały włos nie wszedłem w wystawową szybę. Okazało się, że ciemnoskóry policjant mieszkał w polskiej dzielnicy i nauczył się naszego języka od polskich przyjaciół. Kazio rzucił mu na pożegnanie: „A jak tak, to wszystkiego najlepszego, pozdrów tam naszych!
Pamiętam stary dworzec kolejowy Warszawa Główna, nie było jeszcze Dworca Centralnego. Stoimy na peronie całą grupą, same perły „Syreny” i ja do nich przylepiony. Patrzymy, idzie facet, niesie walizki, tak zwany numerowy, inaczej bagażowy, w mundurze. Kazio, jak zwykle, nie wytrzymuje: „Pogadam sobie z nim.” Hanka Bielicka też nie wytrzymuje i cedzi przez zęby: „Kazik, przestań, na litość Pana Boga, daj mu spokój, ten człowiek przecież pracuje.” A Kazio podchodzi: „Przepraszam pana bardzo…” Bagażowy odstawia walizki: „Słucham?” Brusio zaczyna swoje słynne bebeluchy: „Jeśli chodzi o peron siedem, dziew, ot, e, yt, ot, eta, też już był? Bagażowy patrzy na Kazia dłuższą chwilę bardzo poważnie i spokojnie odpowiada: „Na czwartym peronie, proszę pana. Kazio podziękował i prawie posikał się ze śmiechu. I my wszyscy też.”


Książkę „Na wieki wieków amant” możecie kupić tutaj.
Cena: 29,50 zł
Liczba stron: 272






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz