sobota, 30 stycznia 2016

To trzeba zobaczyć (odc. 26): Powrót


Dziś Jarosław Antoszczyk opowiada o filmie bardzo rzadko pokazywanym, prawie zapomnianym. To „Powrót” z 1960 roku w reżyserii Jerzego Passendorfera, który jako absolwent nie tylko łódzkiej, a też czechosłowackiej strony filmowej, zdołał w zupełnie inny sposób spojrzeć na powojenną rzeczywistość i ludzkie charaktery, zmieniające się w nowych PRL-owskich warunkach. Próżno szukać takiego spojrzenia w filmach innych reżyserów.

Ale najpierw kilka słów o fabule: jesteśmy w Polsce lat 60. Jurek "Siwy" (Andrzej Łapicki), były żołnierz AK, który po wojnie wyemigrował do Paryża, po 15 latach powraca do Warszawy, aby odszukać ukochaną i przyjaciół z czasów powstańczych, wraz z którymi walczył z narażeniem życia przeciwko nazistom. W filmie dowiadujemy się, że właśnie z nimi brał udział między innymi w „Akcji Kutschera”, czyli najgłośniejszym zamachu z czasów powstania warszawskiego, w którym zginął Frantz Kutschera, dowódca SS i Policji na dystrykt warszawski.


Przyjeżdżając do Polski „Siwy” liczy, że znów spotka przyjaciół, jakich próżno szukać gdziekolwiek indziej na świecie. Widać w nim tęsknotę za dawnymi czasami i idealizowanie wspomnień. Niestety na miejscu to wszystko zderza się z rzeczywistością, w której ani dawna ukochana (w tej roli Alina Janowska), ani dawni koledzy z oddziału nie podzielają jego sentymentów. Dawni bliscy żyją codziennością, niechętnie wspominają wojenną zawieruchę i wolą skupić się na tym, co jest tu i teraz. W takiej sytuacji przybysz z przeszłości szybko zaczyna ich męczyć i staje się niechcianym gościem. 





Dzięki temu „Powrót” jest świetnym i ponadczasowym studium ludzkiej psychiki, bo pokazuje, jak w nowych realiach zmienia się ludzkie myślenie. Historię opowiedzianą przez Passendorfera można z łatwością przełożyć w inne epoki i zaobserwować te same zachowania – część z nich wydaje się boleśnie charakterystyczna dla Polaków. Perypetie „Siwego” po powrocie do Polski pokazują, że łatwo nam jednoczyć się przeciwko wspólnemu wrogowi, ale gdy ten wróg znika, każdy z nam odchodzi w swoją stronę. Dawni bliscy głównego bohatera w 15 lat po wojnie nawet nie mają ze sobą kontaktu, a ich życie wypełniają prozaiczne problemy, takie jak zdobycie mieszkania, czy spłata wspólnika.





Kilka scen w tym filmie szczególnie dobrze pokazuje tę zmianę – weźmy za przykład motyw z dawnym znajomym „Siwego”, po wojnie literatem, który w wywiadzie opowiada dziennikarzom o swoim udziale w zamachu na Kutscherę. Z tej relacji wynika, że odegrał kluczową rolę w zabiciu dowódcy SS, podczas gdy w rozmowie jego żony z „Siwym” okazuje się, że był zaledwie sygnalistą, i to jednym z kilku, a jego jedynym zadaniem było w odpowiednim momencie zdjąć czapkę. Jednak dziennikarze ani tego nie wiedzą, ani nie będą tego weryfikować, więc mimochodem przyczynią się rozdmuchania tej legendy, przysparzając jej autorowi niezasłużonej chwały i popularności. Pozory mylą.

Niestety pozory mylą też w przypadku głównego bohatera filmu. „Siwy” przyjeżdża do Warszawy Citroënem DS – czapki z głów na twórców filmu za pozyskanie takiej fury na plan, bo w tamtych czasach samochodów w Polsce było jak na lekarstwo. To sprawia, że „Siwy” wygląda na przybysza z lepszego świata, bo ma własny samochód, podczas gdy jego znajomy Andrzej (Jerzy Nowak) musi na spółkę z Pudlem (Edward Dziewoński) prowadzić jedną taksówkę i, oczywiście, kłócić się o pieniądze. Jednak sam koniec filmu i ten mit obala, ponieważ okazuje się, że Citroën DS należy do pewnego zamożnego Francuza, który przyjechał do Poznania i przy okazji pozwolił... swojemu szoferowi pożyczyć auto i pojechać w rodzinne strony. Tym szoferem jest „Siwy”.

O "Powrocie" polska prasa pisała: "Passendorfer próbuje spojrzeć na wojnę z perspektywy roku 1960 i dochodzi do wniosku, że niemożliwe jest porozumienie tych, którzy ciągle jeszcze żyją sprawami wojny z tymi, którzy wrośli w nową rzeczywistość". Z perspektywy 40 lat są to raczej delikatne słowa. Cóż, czego można spodziewać się po peerelowskiej prasie? Gdy dziś ogląda się ten film, można śmiało powiedzieć, że każda zmiana rzeczywistości pociąga za sobą podobne konsekwencje, a każdy, kto taką zmianę pominął i po latach próbuje wejść do tej samej rzeki, skazuje się na całkowite rozczarowanie.









poniedziałek, 25 stycznia 2016

To trzeba zobaczyć (odc. 25): Zaklęte rewiry

rys. Daniel Baum

Oto film z 1975 roku, dzięki któremu na szerokie wody wypłynął Marek Kondrat – wówczas zaledwie 25-letni chłopak, stawiający pierwsze kroki w polskim filmie (oczywiście nie licząc jego debiutu w „Żółtej ciżemce” w wieku 11 lat). „Zaklęte rewiry” to film kapitalny, wciągający, trochę smutny, trochę śmieszny, a przy tym wcale nie banalny.

W ten sposób – po bardzo zgrabnej 15-minutówce „Moje miejsce” o sopockim Grand Hotelu w reżyserii Marcela Łozińskiego – ciągniemy temat hoteli i ekskluzywnych restauracji, ale w znacznie dłuższej, bo prawie 100-minutowej wersji, w postaci „Zaklętych rewirów” właśnie.

Reżyserem „Zaklętych rewirów” jest Janusz Majewski, który wyreżyserował potem takie filmy, jak „CK Dezerterzy”, i to on jest odkrywcą Marka Kondrata. Kondrat wcielił się w tym filmie w główną rolę i fenomenalnie zagrał młodego chłopaka Romana Boryczko, który jest niedoświadczonym, pochodzącym ze wsi kelnerem.




Młody Roman postanowia postawić wszystko na jedną kartę i przenieść się do miasta, by zrobić karierę. Niestety praca w nowoczesnej restauracji "Pacyfik" okazuje się nie być taka prosta. Życie w wielkim mieście i praca na nowych zasadach jest dla Romana czymś, do czego szybko musi przywyknąć, a co jest jednocześnie sprzeczne z wieloma jego przekonaniami. Stopniowe dostosowanie się do nowych warunków powoduje przemianę jego osobowości do tego stopnia, że zaczyna przypominać swojego wroga, kelnera Fornalskiego (w tej roli absolutnie rewelacyjny Roman Wilhelmi). Czy Romkowi uda się obronić swoje wartości i przeciwstawić większości?





Oprócz Kondrata i Wilhelmiego zobaczycie tutaj też Zdzisława Maklakiewicza (boki zrywać!), Stanisławę Celińską, Czesława Wołłejko (wygląda, jakby urodził się do tej roli), Michała Pawlickiego, a nawet (choć tylko epizodycznie) Tadeusza Drozdę. I ogląda się ich wspaniale!

„Zaklęte rewiry” powstały w koprodukcji polsko-czechosłowackiej i – wyobraźcie sobie – najpierw trafiły na półki. Film nie był pokazywany, ponieważ w teorii miał być produkcją socjalistyczną, a w praktyce okazał się filmem w stylu amerykańskim. To nie spodobało się cenzorom, dlatego wstrzymali jego emisję z obawy przed szerzeniem kapitalistycznego zepsucia, które to rzekomo z tego filmu przebijało. Cóż, wątek mówiący o tym, że pomocnicy kelnerów okradają kelnerów, a kelnerzy właściciela restauracji, wcale nie jest typowy dla kapitalizmu. Ot, życie! ;)


Przy okazji warto wspomnieć, że film jest częściowo dubbingowany, m.in. przez Andrzeja Seweryna i Mariana Opanię, bo czechosłowacka część obsady, rzecz jasna, nie mówiła po polsku.

Dla reżysera „Ikon srebrnego ekranu” Jarosława Antoszczyka jednym z największych atutów tego filmu – oprócz doskonałych kreacji aktorskich – jest muzyka autorstwa Jerzego Matuszkiewicza,  rewelacyjna scenografia  i naprawdę niebanalny scenariusz ze słuszną dawką suspensu.

Jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, to będziecie nim zauroczeni. Żeby zauroczyć Was jeszcze prędzej, oto bezpośredni link do legalnej wersji „Zaklętych rewirów” w bardzo dobrej jakości, którą możecie obejrzeć za darmo na platformie VOD.

Zasiadamy przed ekrany i oglądamy!




niedziela, 24 stycznia 2016

To trzeba zobaczyć (odc. 24): Moje miejsce

rys. Daniel Baum


Jeśli chodzi o doradzanie filmów z czasów PRL, które po prostu trzeba zobaczyć, to na reżysera „Ikon srebrnego ekranu” Jarosława Antoszczyka zawsze można liczyć. Jest bezkonkurencyjny w podrzucaniu do obejrzenia takich perełek, których znalezienie na własną rękę graniczy z cudem. No bo kto wie, że Marcel Łoziński w 1986 roku nakręcił prawie 15-minutowe arcydzieło „Moje miejsce” o sopockim Grand Hotelu, które pozostawia widza w szoku i zadumie?

Dzięki temu filmowi możemy zobaczyć, jak w latach 80. wyglądał legendarny Grand Hotel w Sopocie od kuchni – i nie tylko od kuchni, ale też od strony kotłowni, rozlewni wód mineralnych, portierni, sprzątaczek, praczek i innych członków hotelowej załogi. W filmie Łozińskiego właściwie w ogóle nie widać klientów (poza kilkoma ujęciami z restauracji), a są to sami pracownicy, którzy co nieco o tych klientach opowiadają przy okazji wyznań na temat swoich codziennych obowiązków. Przyglądamy im się, zaczynając od dołu hotelowej hierarchii: palacz i babka klozetowa, szatniarz, pomywaczki i pokojowe, aż do pracowniczej arystokracji: kucharza, kelnera, barmanki.





Każdy z nich mówi, że jego funkcja jest najważniejsza, że bez niego Grand Hotel nie mógłby działać. Na koniec staje do fotografii cała armia hotelowych pracowników, na czele z dyrekcją i pierwszym sekretarzem organizacji partyjnej. Tworzą razem prawdziwą społeczność, mimo że wszyscy są tu po to, aby służyć hotelowym gościom. W „Moim miejscu” Łoziński pokazuje zakład pracy, w którym panuje nieprzekraczalny, klasowy podział ról. W tym miejscu spędza się całe życie i z tego miejsca ogląda się lepszy świat. Mimo to w filmie wciąż jesteśmy w PRL, co można poznać po wypowiedzi kucharza, który dodaje do potrawy sos Winchester, którego „nie ma w Społem”, starsza pokojowa napomyka, że jest „wdową roku 1970”, kiedy strzelano do robotników. Mimo to w ich opowieściach słychać dumę z tego, gdzie pracują, choć są też głosy, które nie brzmią aż tak wiarygodnie, gdy wychwalają swoje miejsce pracy. Dzięki temu cały 15-minutowy film jest lekko ironiczny, a więc i szczerze zabawny, co sprawia, że na koniec czuje się żal, że trwa tak krótko.





Łoziński tak zgrabnie przedstawił realia pracy ludzi w legendarnej sopockiej Grandce lat 80., że już w czasie oglądania chce się więcej i więcej, a na każdego kolejnego bohatera „Mojego miejsca” czeka się z niecierpliwością – co powie, jak przedstawi swoje zadania, czy uchyli rąbka tajemnicy i opowie jakąś ciekawą anegdotę?

Na koniec widz zaczyna się zastanawiać, czy ten film to dokument promujący Grand Hotel, który jest przy okazji bardzo umiejętnym filmowym żartem reżysera – no bo bez oficjalnego akcentu promującego pierwszy sekretarz i dyrektor raczej nie wpuściliby do siebie Łozińskiego z kamerą. Świetnie ogląda się zaplecze blichtru i wielkiego świata lat 80., których uosobieniem był bez wątpienia sopocki Grand, a które Łoziński przedstawił w taki sposób, że nie wiadomo, czy oglądamy obraz w zwykłym lustrze, czy w krzywym zwierciadle.

Czy spaliście kiedyś w Grand Hotelu w Sopocie? A dokładniej – czasach jego PRL-owskiej działalności?

Czy był w tym kraju drugi równie luksusowy hotel, za którego drzwiami był inny świat – piękne wnętrza, jedzenie nie do zdobycia na kartki, służący, zagraniczni goście płacący w walucie, i zachodnie alkohole? 

To dopiero musiało być przeżycie!


środa, 30 grudnia 2015

To trzeba zobaczyć (odc. 23): Tam i z powrotem

rys. Daniel Baum


„Tam i z powrotem” to film z 2001 roku, ale dzięki Jarosławowi Antoszczykowi polecamy go w naszym cyklu To trzeba zobaczyć!, bo opowiada o Polsce lat 60. – tej samej, którą znacie i oglądacie z Wami w wielu innych polecanych przez nas polskich produkcjach filmowych z czasów PRL.

Peerelowskie realia wydają się być bardzo popularnym tematem w polskim kinie. Ponad 4 dekady socjalizmu chyba będą nas prześladować jeszcze długo – a przynajmniej dopóki żyją świadkowie tych wszystkich zdarzeń, które możemy oglądać w takich filmach, jak „Tam i z powrotem”. To też ciekawy materiał dla młodych widzów, bo takimi filmami można im łatwiej pokazać wszystkie cienie PRL-u i specyficzny kontekst polityczny.  Szczególnie że te realia są pokazywane przez pryzmat zwykłego człowieka, który ich doświadczał w swojej codzienności – i z którymi walczył, aby zawalczyć o lepsze życie, niż to przewidziane przez peerelowskie władze.




Zapewne dlatego Wojciech Wójcik, reżyser „Tam i z powrotem”, postawił w swoim filmie na pokazanie codzienności garstki ludzi z różną przeszłością, którzy w Polsce lat 60. żyją tak, jak im na to władza pozwala. Ich życiorysy splatają się wokół głównego bohatera, którym jest Andrzej Hoffman (w tej roli Janusz Gajos) – wybitny chirurg łódzkiego szpitala (gmach szpitala gra budynek łódzkiej Akademii Muzycznej przy skrzyżowaniu ulic 1 Maja i Gdańskiej). Jego marzeniem jest wyjechać do Wielkiej Brytanii, gdzie czekają na niego żona i córka. Niestety, na drodze ku wolności staje jego AK-owska przeszłość, przez którą władze odrzucają jego kolejne wnioski o wydanie paszportu. Poza tym Hoffman regularnie musi znosić wizyty, które składa mu funkcjonariusz UB (Olaf Lubaszenko), namawiający go do współpracy, czyli zwykłego donosicielstwa na innych lekarzy.



Pewnego dnia w szpitalu Hoffman spotyka dawnego kolegę z partyzantki, Piotra (Jan Frycz), który namawia go na napad na bank w celu zdobycia pieniędzy na ucieczkę z kraju. Według planu pieniądze mają posłużyć przede wszystkim do kupienia paszportów dla obu bohaterów, a z tego, co z nich zostanie, Piotr chce sfinansować swoją operację serca – za granicą, gdy już uda im się uciec. Sprawa jest o tyle pilna, że lekarze dają Piotrowi 1,5 roku życia.



Niestety mimo przygotowań nie wszystko idzie po myśli dawnych przyjaciół i podczas napadu jeden z konwojentów zostaje raniony przez Piotra z broni palnej. Nieprzytomny trafia na stół operacyjny Hoffmana, a ten staje przed największym dylematem moralnym: czy uratować ludzkie życie i zostać rozpoznanym, skazując się na pewne więzienie, czy pozwolić umrzeć jedynemu świadkowi i odzyskać upragnioną wolność...



Jakie będzie zakończenie? Jaką Hoffman podejmie decyzję? Czy Piotr zdoła zdobyć paszporty? Czy wyjadą z kraju?  Na te wszystkie pytania znajdziecie odpowiedź nie tylko oglądając film, ale jeszcze przed – zastanawiając się, jaką moralność mogą mieć główni bohaterzy, czyli byli AK-owcy regularnie uciskani przez socjalistyczną władzę. Choć pewne motywy mogą zdawać się przesadnie idealistyczne, to warto ten film obejrzeć zarówno ze względu na prawdziwą historię, którą opowiada, oraz przez wzgląd na grę aktorską: Gajos jak zwykle rewelacyjny, Lubaszenko i Frycz też, a wtóruje im Edyta Olszówka, która wciela się w rolę partnerki Piotra, kasjerki z obrabowanego przez niego banku, której największym marzeniem są wakacje w Bułgarii.


Oglądamy!


środa, 23 grudnia 2015

Top 5 starych polskich filmów na Święta


... Czyli ostatnia deska ratunku przed telewizyjną sieczką od reżysera „Ikon srebrnego ekranu” Jarosława Antoszczyka!

Święta to taki czas, w którym w ramach odpoczynku jeszcze chętniej zasiadamy przed telewizorami. Przy odrobinie szczęścia i dobrej woli osób układających programy poszczególnych stacji jest wtedy szansa na obejrzenie różnych perełek polskiej kinematografii. Tak było na przykład na początku listopada, gdy w TVP Kultura pojawił się „Znachor”. 

Jeśli możecie oglądać Telewizję Kino Polska, to na pewno nie zawiedzie Was ich program świąteczny – ale jeśli jesteście skazani na „Kevina samego w domu” i do znudzenia powtarzane co roku inne potworki kina familijnego z USA, to wraz z Jarosławem Antoszczykiem przygotowaliśmy dla Was Top 5 starych polskich filmów, które można łatwo znaleźć i legalnie obejrzeć w Internecie. Gwarantujemy, że dzięki nim pierwszy i drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia będą inne niż dotychczas!

1. Nowy


"Nowy" to fabularna, pełnometrażowa wersja satyrycznej noweli "Nowy pracownik" nakręconej przez Jerzego Ziarnika na zamówienie Centralnej Rady Związków Zawodowych. Wydawać by się mogło, że z tego powodu – czyli przez wzgląd na zleceniodawcę zamawiającego ten film – będzie to film z gatunku tych poprawnych (politycznie).

O, nic bardziej mylnego. „Nowy” to istny majstersztyk komediowy, w którym najśmieszniejsza jest rzeczywistość. To komedia omyłek, które są do bólu rzeczywiste i pomimo upływu czasu nie straciły ani trochę na aktualności. Polska biurokracja i ceremonialne robienie łaski wcale nie minęły i cały czas dają nam popalić. „Nowy” w genialny, zabawny i bardzo lekki sposób pokazuje pełen wachlarz charakterów i charakterków, które spotkamy w urzędach, w pracy, u lekarza, w sklepach. Choć film jest z 1969 roku, to w trakcie oglądania wydaje się, że te 45 lat minęło, jak z bicza strzelił – a właściwie nie minęło... Mamy tu na myśli polską papierkologię, która ma się lepiej, niż my wszyscy razem wzięci.

rys. Daniel Baum



Można zaryzykować stwierdzenie, że w tytule tego filmu większość ludzi zawsze wstawia słowo "pamiętnik", "brudnopis" albo "czystopis", ale nigdy nie chodzi o żadne z nich.

To prawda, że jest niesamowicie długi, ale to z pewnością nie jest dłużyzną – a nawet chciałoby się rzec, że „szkoda, że nie trwa jeszcze dłużej” albo „szkoda, że to nie serial”. W Polsce film emitowany był w pełnej wersji trwającej 180 minut, ale jego sława sięgnęła nawet daleko poza granice naszego kraju: film był emitowany w USA oraz Wielkiej Brytanii, ale skrócono go do 152 i 125 minut. 

„Rękopis znaleziony w Saragossie” w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa powstał według powieści hrabiego Jana Potockiego i opowiada historię młodego oficera Alfonsa van Wordena, który zmierza do Madrytu, żeby objąć stanowisko kapitana w gwardii walońskiej. Wbrew przestrogom swojej służby wybiera najkrótszą drogę, która wiedzie przez góry Sierra Morena. Góry mają podobno być siedliskiem duchów i żywych trupów. Alfons trafia do gospody, gdzie poznaje dwie mauretańskie księżniczki – i tu zaczyna się cała zabawa ;) Wciągające!



rys. Daniel Baum





3. Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy


„Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy”, niczym lewy albo prawy sierpowy, wali prosto w oczy paradoksami polskiego PRL-u, z których część chyba nie do końca jeszcze przeminęła. 

Panowie popijający piwo pod budką zabijają w ten sposób nadmiar czasu spowodowany bezrobociem. Karolak (w tej roli Maklakiewicz), który utrzymuje się z pieniędzy matki, zdaje się lubić ten sport, ale jego sielankę przerywa milicyjny nakaz stawienia się w pośredniaku. Tam też pojawia się kierownik fabryki, który pilnie szuka dziesięciu chłopa do ciężkiej fizycznej pracy.
Z oporami, ale jednak znajduje chętnych. 

Na miejscu okazuje się niestety, że nie dość, że robota jest bardzo niewdzięczna, to do tego słabo płatna, więc wszystkim, którzy wcześniej byli chętni albo załapali się przypadkiem, rzedną miny. Gdy chcą już zrezygnować, kierownik wraz z przewodniczącym rady zakładowej wpadają na prosty (i jak się okazuje, genialny) pomysł, który ma ich zmotywować – na koniec pracy zorganizują dla nich przyjęcie... Klasyk ze Zdzisławem Maklakiewiczem  i Janem Himilsbachem oraz kultową piosenką „Małe piwko”!






rys. Daniel Baum







Czyli film o tym, co przecięty Polak z czasów PRL zrobiłby z wygraną w totolotka :)

W głównych rolach znów kultowy duet Maklakiewicz & Himilsbach. „Wniebowzięci” to jedna z lepszych komedii Andrzeja Kondratiuka z tą dwójką w rolach głównych. Nie jest to jednak typowa komedia, w trakcie której widz tylko się śmieje – oprócz specyficznego (a jakże!) humoru znajdziemy tu sporo tematów do przemyśleń: prawdziwa wartość pieniędzy, przyjaźń, marzenia i ich zderzenie z możliwościami, ehh, jednym słowem, sens życia. Ale na szczęście w krzywym zwierciadle, w którym Maklakiewicz i Himilsbach przeglądają się po wygraniu okrągłej sumki na loterii...

Obaj są mężczyznami, którymi w życiu więcej się nie udało niż udało, więc chcąc sobie te deficyty zrekompensować, wyruszają w pierwszą w życiu podróż samolotem. (Nie)znośna lekkość bytu, którą dzięki LOT-owi osiągają na pułapie kilku tysięcy metrów, sprawia, że w iście koncertowy sposób trwonią całą wygraną na kolejne wycieczki po nieboskłonie.




rys. Daniel Baum

5. Jak to się robi


Ups... Chyba Maklakiewicz i Himilsbach na dobre zdominowali nasze Top 6. Ale nic dziwnego – „Jak to się robi” z 1973 r. w reżyserii Andrzeja Kondratiuka to jedna z tych komedii, które po prostu trzeba zobaczyć! 

O co chodzi?
W pociągu do Zakopanego reżyser filmowy, Kozłowski (Maklakiewicz), spotyka literata o nazwisku Narożny (Himilsbach). Bardzo szybko zawiązuje się między nimi nić sympatii i artystycznego porozumienia. Do tego stopnia, że już w czasie podróży postanawiają, że chcą wspólnie nakręcić film. Po przyjeździe do Zakopanego zatrzymują się w Domu Pracy Twórczej „Muza”, gdzie zamierzają napisać scenariusz i znaleźć odtwórczynię głównej roli. Ich wybór pada na jedną z wczasowiczek oraz na kierowniczkę "Muzy". Wkrótce między kandydatkami dochodzi do bójki. Tymczasem jeden z głównych bohaterów uwodzi miejscową dziewczynę i popada w konflikt z góralami...

Jeśli widzieliście inne filmy z udziałem tego diabelskiego duetu, na pewno przyznacie nam rację, gdy powiemy, że w każdym z nich byli na swój sposób tacy sami – ale w dobrym znaczeniu tych słów. Każda kolejna komedia z Maklakiewiczem i Himilsbachem (szczególnie, gdy obejrzy się kilka filmów z nimi w krótkim czasie) wydaje się być kontynuacją ich przygód, ale zawsze w nowych miejscach i nowych zawodach.

Dlatego zachęcamy, żeby zrobić sobie maraton z prawdopodobnie jedynym takim duetem w historii polskiego kina!



rys. Daniel Baum


WESOŁYCH ŚWIĄT!

Jarosław Antoszczyk wraz z ekipą Studia Filmowego Hybrys
Ikony srebrnego ekranu